Nie ukrywam, że inspiracją dla mnie były felietony Reginy
Brett Bóg nigdy nie mruga.
W jednym z nich wyczytałam zdanie, które mnie uderzyło i nie
pozwoliło przejść obojętnie, zapomnieć.
Brzmi tak: naszym obowiązkiem, tj. kobiet, które zachorowały na raka piersi
i pomyślnie przeszły kurację, ma być chęć niesienia ulgi i pocieszenia. Naszym
obowiązkiem, jest wspieranie innych w
ich chorobie i lękach. Niesienie pocieszenia i pogody ducha, które należy rozdawać na prawo i lewo.
Jakiś czas temu na raka piersi zachorowała córka mojego
znajomego. Małgosia zachorowała mając 32 lata, wychowywała 9-letnią córeczkę.
Zmarła, a ja nigdy do niej nie zadzwoniłam, choć nosiłam się z takim zamiarem.
Dziś, kiedy jestem w trakcie rekonwalescencji, wiem ile
znaczą telefony od znajomych, przyjaciół, krewnych. Znaczą też telefony od
tych, za którymi na co dzień nie
przepadałam. Każdy człowiek z ciepłym i dobrym słowem staje się aniołem. Czasem zdarzają się dni, kiedy
szczególnie potrzeba dobrych słów. I wiecie jak to jest – wyrwane z kontekstu słowa, przypadkiem
podsłyszane w pociągu, kolejce, w
tramwaju, albo od osoby która nie wie o chorobie, a powie coś takiego, od czego
serce rośnie. Ja nazywam to „ dobrą myślą Piotrusia Pana”. Myśl, która
uskrzydla i dodaje wiary w wyleczenie.
Moje felietony to oprócz poczucia obowiązku to także chęć
pewnej rehabilitacji własnej osoby, wobec
milczenia, kiedy chorowała Małgosia. Nie powinnam mieć do siebie
pretensji, nie była moją koleżanką, nie musiałam do niej dzwonić, ale wiem, że
żal do samej siebie będzie mi towarzyszył do końca życia. Bo dobre słowo ma moc
uzdrawiającą. Czyjeś zainteresowanie i sympatia jest niezbędne jak cytostatyki
i uśmiech lekarza. To drugie ważne lekarstwo, o którym niewiele się mówi.
Lubię pisać i w tych dniach, kiedy pojawia się wena siadam i
piszę, to co narasta. Doświadczenie choroby nie jest wstydliwe. Jest trochę
intymne, ale można przełamać opory jeśli
się chce przekazać coś ważnego, co innym może pomóc.
Ja zwracam się do wszystkich tych, którzy doświadczają
strasznej choroby, przysłowiowego gromu z jasnego nieba. Do ich bliskich, dzieci, mężów, żon, rodzin,
przyjaciół. Do tych, którzy myślą rak – to straszne, dobrze, że u mnie wszystko
dobrze. Do tych, którzy właśnie otrzymali diagnozę.
Bo rak to podstępna choroba. Straszna tak samo jak udar, jak
choroby serca, jak stwardnienie rozsiane czy RZS. Trudno mi wymienić wszystkie.
Ja w każdym razie całe życie byłam zdrowa. Rak mnie nie dotyczył. Inni chorują
na raka, nie ja. Aż do grudnia 2017.
Karolino, wciąż Cię podziwiam ile w Tobie energii i życia i jak cudownie udało Ci się przegnać dziada... to prawda dopóki nie zachorujemy wydaje nam się, że ten rak to jest przeznaczony dla innych, że w naszych genach go nie ma... a on przychodzi cichaczem, bez ostrzeżenia, czasem daje wątłe sygnały...ale kto by się przejmował jakimś tam ukłuciem w boku... dobrze, że chcesz o tym pisać, im więcej kobiet zda sobie sprawę, że też może, ten rak, do nich zapukać znienacka, tym lepiej. Jesteś moją poznańską siostrą i pamiętaj, że myślę o Tobie często...
OdpowiedzUsuńDziękuję Aga, dziękuję za Twoje wsparcie i natychmiastową pomoc w każdej sytuacji. My Matki zawsze już będziemy siostrami.
OdpowiedzUsuń