Przejdź do głównej zawartości

Jak oswoić się z chorobą


Choroba to zjawisko, które mnie nie dotyczy. Choruję co prawda, od czasu do czasu miewam grypę i pochodne. Rzadko o tym myślę.  Jestem energiczna, dużo się ruszam. Staram się zdrowo odżywiać. 
Nie choruję. Choroba dotyczy innych. Nie rozumiem kwękających, utyskujących, marudzących opowiadających o dolegliwościach. Nawet z diagnozą „rak” nie dołączę do nich.

Zdanie pierwsze: „Pani doktor, ja jestem zupełnie zdrowa, mam tylko raka”. Pamiętam, że wygłosiłam je w gabinecie lekarza  chemioterapeuty. Uśmiechnęła się. To zdanie dodało mi sił. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie – zdanie wybrzmiało lekko, sprawiło, że rak stał się czymś odrębnym, czymś obok mnie.
Pamiętacie film „Forrest Gump”? Sfrustrowany, ale pomysłowy drobny przedsiębiorca, w desperacji chciał zmienić swoje życie i zaczerpnąć inspiracji od biegającego  Forrest'a Gump'a. Forrest zupełnie mimochodem rzucił lekkie słowa, z których tamten  stworzył całą linię produktów z hasłem, napawającym radością i wiarą, że kiedyś kłopoty się skończą – brzmiało ono: „shit happens”.

I to jest myśl pierwsza w procesie oswajania choroby. Ona się zdarza, a potem mija. Zapomnieć o niej? Niestety, ale nigdy.

Pamiętam dobrze ideę filmu Roberto Benigniego „Życie jest piękne”. I tak  jak ojciec osłaniał swojego syna przed potwornością w Auschwitz, ja postanowiłam nieco żartobliwie z  przyklejonym do mnie rakiem przejść przez resztę życia. Stworzyłam sobie całą listę rzeczy, które są potrzebne w pewnego rodzaju gromadzeniu siły. Budowaniu siebie wewnątrz. Przedstawianiu sytuacji lepszą, niż zakłada medycyna i jej statystyki. Zbudowałam zasadę, swoją własną mądrość: wyzdrowienie to splot wielu czynników z których wyodrębniam trzy grupy: 1. siła organizmu, 2. nastawienie własne, 3. reakcja organizmu na leki.

Wszystko to jednak, okazałoby się niewiele warte, gdyby nie bliscy, ich troska, dbałość o mnie, o mój wypoczynek. Nie wiem, co byłoby, gdybym nie miała przyjaciół. Ich obecność, uwaga i częste telefony sprawiły, że czułam się potrzebna i ważna. Drobiazgi takie jak zakupy,  odebranie dziecka z przedszkola, odwiedziny niespodzianki – to dawało mi siłę i poczucie, że nie jesteśmy ( Mąż i ja) sami w tej chorobie. Nawet pracowałam w domu, w czasie L4, bo czułam się dzięki temu lepiej.


Zasada nr 1: JESTEM ZDROWA, MAM TYLKO RAKA , stało się podstawową zasadą myślenia. 43 lata to za wcześnie na umieranie.  Mam męża, dzieci, całą rodzinę, przyjaciół, plany i historię z rakiem. To ludzie są najważniejsi. Życie pozostaje tyle warte, ile mogę im z siebie dać.  



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rak rakiem a żyć trzeba

Kończy się październik a wraz z nim miesiąc walki z rakiem piersi. Przez ten czas oprócz wywiadu – rozmowy w Głosie Wielkopolskim starałam się wesprzeć swoimi dziesięcioma felietonami tych, którzy z rakiem mają do czynienia. A także tych, którzy zmagają się z innymi potwornymi doświadczeniami i otucha jest im potrzebna jak woda. Nie zmienię się oczywiście w żadną Matkę Teresę,   charakter nie ten i kierunek życia nie ten.   Ale mój sposób myślenia chciałam Wam ofiarować, bo lekko i łatwo przeszłam leczenie, operację i cały ten trudny okres łysej głowy, chemicznego zapachu i niezbyt dobrych rokowań ( jeśli chodzi o mój typ nowotworu). Nie jestem w stanie wymienić wszystkich osób, wspierających mnie podczas walki z chorobą. Przyjaciele i Rodzina to fundament wzmacniający mnie każdego dnia. Różaniec – dla niewierzących może to być sposób medytacji   i droga do wyrównania oddechu i uspokojenia skołotanych myśli, dla wierzących – nie muszę zapewniać o jego właś...

Rak to inspirujące doświadczenie

Nie do końca byłam   pewna, czy robię dobrze, dzwoniąc do Magdaleny Baranowskiej – Szczepańskiej, dziennikarki Głosu Wielkopolskiego. Odsłonienie siebie nie jest przeżyciem prostym i łatwym do sprzedania.   Zahacza o Rodzinę, Przyjaciół i o różne środowiska. W tej chwili mówię– i to kolejna z moich zasad – WSZYSTKO JEST PO COŚ. Nic nie dzieje się przypadkiem. Im dłużej żyję, im więcej racjonalistów mnie otacza, tym częściej przypomina mi się myśl Szekspira: „ są rzeczy na ziemi i niebie, o których się filozofom nie śniło”. Mąż mój, choć doskonały i mogłabym na jego cześć pisać dytyramby,   jest racjonalny do bólu. Mówi językiem logików i lekarzy.   Syn mojego Męża – Antoni, kiedyś powiedział, że martwi go postawa ojca,   człowieka tak inteligentnego, który nie daje żadnego marginesu na   inne   - czyli sercowe postrzeganie świata. Choć im dłużej znam swego najlepszego z Mężów, odnoszę wrażenie, że margines jakiś powoli się pojawia. Bo ja ...

Sztafeta jest ważna

Wiele lat temu przeczytałam książkę Edwarda Stachury : „Jak być poetą”. Kiedy byłam w liceum, stanowił dla mnie coś jakby quasi przewodnik po świecie, był kierunkowskazem, jak znaleźć swoje miejsce w różnych sytuacjach. Jest coś w tym, co pisze Stachura – są ludzie, którzy odnajdują siebie jako niepodobnych do reszty, mówią tymi samymi frazami, szukają podobnych wrażeń. Ania z Zielonego Wzgórza nazywała ich „pokrewnymi duszami”, a ja mówię „ Ci z orszaku”. Od wiersza Stanisława Grochowiaka „Halszka” - „szliśmy za szerokim woalem jej ciepła”. Potrzebny mi był rak, żebym wróciła do starych zapisków, do mojego zeszytu, w którym mieszkają cytaty z książek i wierszy. Tam jestem cała ja sprzed wielu lat i musiałam teraz do siebie wrócić. Bo my, poeci, nawet jeśli nie piszemy wierszy, to pozostajemy poetami do kresu naszych dni. Sztafeta jest potrzebna. Bo poetą nie jest ten, który pisze wiersze, tylko poetą jest ten, który uczestniczy w sztafecie. To znaczy, że moim obowiązkiem jest...