Przejdź do głównej zawartości

Diagnoza


Był październik 2017 r., kiedy planowałam szkolną wycieczkę w Karkonosze. Wyczułam zgrubienie w piersi.
Umówiłam się do lekarza i pojechałam na wycieczkę. Zresztą się udała, wszyscy wróciliśmy zdrowi i żywi. Zabrać do schroniska górskiego 45 maturzystów to nie bagatela. Do dziś dziękuję Bogu i Naturze, że wszyscy wróciliśmy w autobusie, a nie w trumienkach.

To włókniak, tobrbiel czy inny gruczoł, mówił mąż. USG wykazało, że  torbiel, ale nietypowa, wskazana biopsja. Po wynik biopsji cienkoigłowej szłam jak panna na bal. Wszak lekarz palpacyjnie zbadawszy, lekkim głosem zapewnił: tak, to będzie torbiel, proszę się nie denerwować.

Dzień 7 grudnia 2017r.  zmienił moje życie. Biopsja nie potwierdziła, że to torbiel. Pokazała "komórki raka".
Sądziłam, że prawdopodobnie będę chorować na wieńcówkę, cukrzycę lub osteoporozę. To typowe choroby w mojej rodzinie.
Nikt  z moich bliskich  nie miał raka piersi. Rak mnie nie dotyczył. Wizyta w poradni w dniu 7 grudnia pokazała mi straszną prawdę:  A właśnie, że ciebie też dotyczy. Możesz umrzeć. Będziesz pacjentką onkologiczną. Aż do śmierci.

Wynik biopsji gruboigłowej był jeszcze gorszy. Wynik był straszny, widziałam to w oczach lekarza, który wyjmował je z drukarki. Zobaczyłam nowe, obce wyrazy i symbole,  których wcześniej w życiu nie widziałam. Wszystkie mieniły mi się w oczach i skakały po kartce.  Widzisz człowieku swój PESEL, swoje imię i nazwisko, widzisz: nowotwór złośliwy piersi. To najgorszy moment w chorobie. Przyjechałam do domu, odebrawszy wcześniej dziecko z przedszkola. Jak we śnie. W domu, sama z tym wyrokiem i nowotworem w piersi, sama z wesołym dzieckiem- 5-letnim Franiem, z perspektywą świąt Bożego Narodzenia i sylwestra z myślą o nowotworze.  Tego się nie spodziewałam.
Wyniki schowałam do teczki. Nie chciałam ich oglądać. Oswajałam się z nimi co najmniej miesiąc. Bałam się wziąć je do ręki.
Leczenie w Wielkopolskim Centrum Onkologii ruszyło. A ja myślałam tylko – jak przetrwać, jak przeżyć raka. Muszę coś wymyślić. Na raka jest sposób. Oswoić diabelstwo. Poczuć się spokojniej. Trochę mi to czasu zajęło. I wymyśliłam.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dlaczego postanowiłam pisać felietony

Nie ukrywam, że inspiracją dla mnie były felietony Reginy Brett Bóg nigdy nie mruga . W jednym z nich wyczytałam zdanie, które mnie uderzyło i nie pozwoliło   przejść obojętnie, zapomnieć. Brzmi tak: naszym obowiązkiem, tj. kobiet, które zachorowały na raka piersi i pomyślnie przeszły kurację, ma być chęć niesienia ulgi i pocieszenia. Naszym obowiązkiem,   jest wspieranie innych w ich chorobie i lękach. Niesienie pocieszenia i pogody ducha, które   należy rozdawać na prawo i lewo. Jakiś czas temu na raka piersi zachorowała córka mojego znajomego. Małgosia zachorowała mając 32 lata, wychowywała 9-letnią córeczkę. Zmarła, a ja nigdy do niej nie zadzwoniłam, choć nosiłam się z takim zamiarem. Dziś, kiedy jestem w trakcie rekonwalescencji, wiem ile znaczą telefony od znajomych, przyjaciół, krewnych. Znaczą też telefony od tych,   za którymi na co dzień nie przepadałam. Każdy człowiek z ciepłym i dobrym słowem staje się   aniołem. Czasem zdarzają się dni, ...

Pan Bóg wiedział, co robi, dając nam wspólną szafę

W życiu nauczyciela polonisty szafa na zapleczu to jest coś. Nie otrzymuje się jej po prostu, trzeba o nią stoczyć długą i nierówną walkę z administracją szkolną. A kiedy już jest - piękna, dwuskrzydłowa z pięcioma półkami wewnątrz, wówczas należy przygotować się na solidny bój, by ktoś inny nie zaharapczył. Moja zdobyczna szafa była bez zamka, szybko więc kupiłam za własne pieniądze, pan konserwator mi zainstalował i jest. Na setki szpargałów, kser, prac klasowych, książeczek itd. Kto nie jest nauczycielem polonistą, ten nie wie, w jakim karteczkowym tsunami my żyjemy. Ale to tyle tytułem wstępu. Kiedy już stała, piękna z płyty paździerzowej zrobiona, a ja obok dumna i blada, do zaplecza weszła Grażynka. Starsza ode mnie ponad 10 lat , zawsze serdeczna, w obyciu trochę niepewna (z pozoru!). Weszła z dwiema pełnymi reklamówkami szkolnych spraw. Postawiła je na krześle, powiedziała kilka miłych słów i zniknęła. A ja stałam, jak żona Lota, wpatrzona w te siaty uszatki, ciężkie ...

Rak rakiem a żyć trzeba

Kończy się październik a wraz z nim miesiąc walki z rakiem piersi. Przez ten czas oprócz wywiadu – rozmowy w Głosie Wielkopolskim starałam się wesprzeć swoimi dziesięcioma felietonami tych, którzy z rakiem mają do czynienia. A także tych, którzy zmagają się z innymi potwornymi doświadczeniami i otucha jest im potrzebna jak woda. Nie zmienię się oczywiście w żadną Matkę Teresę,   charakter nie ten i kierunek życia nie ten.   Ale mój sposób myślenia chciałam Wam ofiarować, bo lekko i łatwo przeszłam leczenie, operację i cały ten trudny okres łysej głowy, chemicznego zapachu i niezbyt dobrych rokowań ( jeśli chodzi o mój typ nowotworu). Nie jestem w stanie wymienić wszystkich osób, wspierających mnie podczas walki z chorobą. Przyjaciele i Rodzina to fundament wzmacniający mnie każdego dnia. Różaniec – dla niewierzących może to być sposób medytacji   i droga do wyrównania oddechu i uspokojenia skołotanych myśli, dla wierzących – nie muszę zapewniać o jego właś...